W mediach dominuje narracja o rewolucji AI w cyberprzestępczości, jednak twarde dane z raportów za rok 2025 i prognozy na 2026 rok studzą ten entuzjazm. Sztuczna inteligencja, choć obecna, pełni rolę wspierającą, a nie sprawczą. Prawdziwym problemem organizacji – pozostaje kryzys podstawowej higieny cyfrowej. Zamiast obawiać się „autonomicznych wirusów”, decydenci powinni skupić się na tym, że ich systemy padają ofiarą metod znanych od lat: kradzieży danych logowania, braku aktualizacji i socjotechniki, która dzięki AI stała się jedynie bardziej wiarygodna, a nie fundamentalnie inna.
Analiza incydentów pokazuje, że najczęstszym punktem wejścia do sieci nie jest skomplikowany exploit (program, fragment kodu lub sekwencja danych wykorzystująca błędy i luki w zabezpieczeniach oprogramowania, systemu operacyjnego lub aplikacji), lecz przejęte poświadczenia (sytuacja, w której dane logowania użytkownika – takie jak nazwa użytkownika i hasło, tokeny sesji czy kody SMS – weszły w posiadanie osób nieuprawnionych). Napastnicy masowo wykorzystują vishing, czyli ataki telefoniczne wspierane przez klonowanie głosu, by wyłudzić kody MFA od zdezorientowanych pracowników. W sektorze publicznym i firmach prywatnych błędem jest zakładanie, że dwuskładnikowe uwierzytelnianie to tarcza nie do przebicia – bez odpowiedniego przeszkolenia kadr, każdy system zabezpieczeń można obejść jednym telefonem od „informatyka z centrali”. AI w tym procesie jedynie wygładza akcent lub generuje treść maila, resztę wykonuje człowiek, który pod wpływem manipulacji otwiera napastnikowi drzwi.
Ransomware i ataki na backupy: Koniec ery łatwego odzyskiwania danych
Zmiana paradygmatu w działaniu grup przestępczych jest uderzająca. Obecnie celem ransomware nie jest już tylko zablokowanie stacji roboczych, ale całkowite uniemożliwienie odbudowy infrastruktury. Atakujący spędzają wewnątrz sieci tygodnie (tzw. dwell time), identyfikując i infekując kopie zapasowe przed ich ostatecznym zaszyfrowaniem. Dla organizacji oznacza to paraliż, którego nie rozwiąże prosty restart serwerów. W kontekście prawnym, szczególnie w świetle ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa (KSC) oraz RODO, taki incydent to nie tylko strata finansowa, ale potężne ryzyko kar za brak należytej staranności w ochronie danych osobowych i ciągłości usług kluczowych.
Często spotykanym błędem w JST oraz średnich przedsiębiorstwach jest skupienie budżetów na modnych nowinkach technologicznych, przy jednoczesnym ignorowaniu zarządzania podatnościami. Czas od upublicznienia luki w oprogramowaniu do jej wykorzystania przez grupy przestępcze liczy się już w godzinach. Jeśli organizacja nie posiada spójnego Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji (SZBI) i zautomatyzowanego procesu łatania systemów, żadne „narzędzie AI” jej nie uratuje. Cyberbezpieczeństwo w 2026 roku to przede wszystkim walka z czasem i precyzja w eliminowaniu najprostszych dróg wejścia, takich jak nieaktualne serwery VPN czy niezabezpieczone pulpity zdalne.
Strategia odporności zamiast reaktywnego gaszenia pożarów
Wnioski dla kadry zarządzającej i działów IT są jednoznaczne: największe ryzyko generuje ignorowanie fundamentów. Organizacje wciąż padają ofiarą tych samych schematów, ponieważ skupiają się na narzędziach, a nie na procesach. Skuteczna ochrona wymaga audytu uprawnień, segmentacji sieci i przede wszystkim realnych testów procedur odtworzeniowych. Bezpieczeństwo to proces ciągły, który musi być wspierany przez ekspertów potrafiących połączyć wymogi prawne (rola IOD) z techniczną rzeczywistością cyberzagrożeń.
Zamiast gonić za trendami, warto zainwestować w systemowe podejście do bezpieczeństwa informacji. Profesjonalne wsparcie w tym zakresie to nie koszt, lecz polisa ubezpieczeniowa na wypadek incydentu, który w dzisiejszych realiach nie jest pytaniem „czy”, ale „kiedy” nastąpi. Budowa cyfrowej odporności zaczyna się tam, gdzie kończy się wiara w magiczne rozwiązania technologiczne, a zaczyna rzetelna praca nad procedurami, edukacją pracowników i szczelnością posiadanej już infrastruktury IT.